Bydgoszcz, luty 1945. Mieszkańcy oczyszczają miasto z napisów i tablic niemieckich. Fot. PAP

Warszawa, 1 maja 1945. Uczestnicy pochodu pierwszomajowego zgromadzeni na Placu Teatralnym. Fot. PAP

Warszawa, grudzień 1945. Uliczna sprzedaż choinek przed świętami Bożego Narodzenia. Fot. Zdzisław Wdowiński / PAP

Warszawa, 19 stycznia 1945. Defilada żołnierzy I Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej. Fot. Wojskowa Agencja Fotograficzna (WAF) / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)

Rok 1945. Między wojną a podległością

Z Krakowa do rodzinnych Wierzchosławic przechodzi pieszo kondukt żałobny Wincentego Witosa, zmarłego 31 października legendarnego przywódcy ruchu ludowego. Jego pogrzeb przemienia się w stutysięczną manifestację narodową.

3–6 listopada 1945

UB aresztuje prezesa WiN płk. Jana Rzepeckiego. Nowym prezesem zostaje płk Franciszek Niepokólczycki.

5 listopada 1945

Powstaje Ministerstwo Ziem Odzyskanych, odpowiedzialne za całość spraw związanych z zagospodarowaniem i zasiedlaniem Ziem Zachodnich; na jego czele staje Władysław Gomułka. W pierwszych miesiącach po zakończeniu działań wojennych ziemie przejęte od Niemiec są poddane zorganizowanej grabieży, prowadzonej zarówno przez Armię Czerwoną, jak i przez polskich szabrowników, przybywających w tym celu głównie z Polski Centralnej. Równocześnie, w związku z brakiem wystarczającej liczby ludzi do pracy – szczególnie na wsi –prowadzona jest na szeroką skalę agitacja na rzecz akcji osadniczej.

13 listopada 1945

Rząd wydaje dekret „O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa”, przewidujący karę śmierci lub więzienia za działalność antypaństwową, do której zalicza się między innymi obrazę ustroju, sabotaż gospodarczy czy uchylanie się od obowiązkowych świadczeń.

13 listopada 1945

Centralne Biuro Kontroli Prasy MBP zostaje przekształcone w Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk przy Radzie Ministrów. Cenzura prewencyjna staje się jednym z głównych narzędzi walki politycznej.

15 listopada 1945

Z pisma Biura Ziem Zachodnich Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS do Wojewódzkiego Komitetu PPS w Poznaniu:

Ponieważ wrogie elementy czyhające na zgubę państwa rozwinęły swoją działalność w tym kierunku, aby na ziemiach odwiecznie polskich, dopiero co odzyskanych, pozostawić Niemców na krwawo wydartych naszym praojcom zagrodach i warsztatach pracy – musimy zwiększyć naszą czujność, by nie pozwolić się uśpić wrogiej propagandzie starającej się o wyrobienie dobrej opinii Niemcom.

Dlatego też, zdając sobie sprawę z tego, że Niemiec zostanie zawsze tylko Niemcem i chwilowa lojalność jest spowodowana tylko tym, żeby wyrobić sobie obywatelstwo polskie i pozostać na naszych zachodnich rubieżach, a potem znowu – jak to się już w historii powtarzało – rozpocząć swoją krecią robotę zmierzającą do oderwania tych ziem, musimy jasno i dobitnie domagać się […] bezwzględnego wysiedlenia Niemców z granic naszego Państwa.

Dlatego też wszystkie Wojewódzkie Komitety przystąpią niezwłocznie do zorganizowania w całym województwie wieców, których tematem będzie: „Żądamy wysiedlenia Niemców”. […] Jak Polska długa i szeroka, w każdym mieście, miasteczku i większej wsi powinien się taki wiec odbyć, a zwłaszcza na terenach zachodnich – winien mieć charakter głęboko manifestacyjny.

23 listopada

[Niemcy w Polsce 1945–1950. Wybór dokumentów, t. 1, Władze i instytucje centralne, województwo olsztyńskie, pod red. Włodzimierza Borodzieja i Hansa Lamberga, Warszawa 2000]

 

Anonimowy student prawa w dzienniku:

Spoza drzwi, wychodzących na korytarz, usłyszałem chlupotanie wody i szorstki śmiech. Tak jak leżałem w koszuli wyskoczyłem z łóżka i przywarłem okiem do dziurki od klucza.

Tuż obok moich drzwi myła kamienne płyty korytarza może pięćdziesięcioletnia kobieta. Klęczała na kolanach zakasawszy ciemną spódnicę powyżej kolan i wycierała półkolistymi, powolnymi ruchami posadzkę. Od czasu do czasu ustawała, wyprostowywała zgarbione plecy. Potem maczała brudną, nasyconą błotem ścierkę w kuble z wodą, wyżymała ją i znowu chlupotała wodą na posadzkę dookoła siebie. Czyniła to wszystko z taką nieudolnością, że obryzgiwała sobie całą twarz i jaskrawą, czerwoną chustkę obwiązaną dookoła głowy.

Naprzeciwko, wsparty leniwie o framugę szeroko otwartych drzwi stał czerwonogwardzista. Na głowie miał niedbale założoną bermycę. Zsunięta zawadiacko na lewe ucho ukazywała niesfornie spod niej wymykające kosmyki czarnych jak smoła, gęstych włosów. Twarz o rzadko spotykanych, regularnych rysach i delikatnej, dziewczęcej cerze rozpromieniał uśmiech zadowolonego z życia i z siebie człowieka. […]

Schnell, schnell [szybko, szybko] , nie ma Zeit [czasu]! – usłyszałem przepojony tłumionym śmiechem głos żołnierza, który mówił dziwną mieszaniną niemiecko-polską, starając się widocznie, by go kobieta zrozumiała. Akcentował z rosyjska.

Więc to Niemka! Kobieta przez krótką chwilę poruszała się szybciej i nagle zastygła w ruchu. Spojrzała błagalnym wzrokiem na żołnierza i wykrztusiła, ciężko dysząc jak astmatyczka, taka samą, dziwną mieszaniną jak poprzednio Rosjanin: „Ja alt [stara]… ja viel [dużo] nie mogę arbeiten [pracować]”

Rosjanin nie zrozumiał zapewne całego zdania tak cicho mówiła Niemka, ale posłyszał ostatnie słowo, słowo, którym aż nazbyt często szafowali Niemcy na terenach przez siebie okupowanych. Postąpił kilka kroków ku Niemce i krzyknął, wymachując jej obiema rekami ponad głową: „Ty Deutsch! Arbeiten! Arbeiten schnell, schnell! [Niemka! Pracować! Pracować, szybko, szybko!]”.

[…] Niemka skuliła się lekko i szepnęła nie patrząc na żołnierza: „Ja, ich Deutsch… aber nicht Hitler… mein Mann Kommunist, kaputt gemacht w Dachau…” [Tak, jestem Niemką, ale nie nazistką. Mój mąż został zabity w Dachau]. […]

Paradoksalna sytuacja! Żołnierz z bolszewickiej armii zapędza do szybszej pracy Niemkę, żonę komunisty, zamordowanego przez faszystów w Dachau! […] Jeśli ta Niemka mówiła prawdę, kto potrafi jej kiedykolwiek wynagrodzić te chwile sromotnego poniżenia?

Kogo winić? Los „vae victis” [biada pokonanym], ponury i nieludzki, czy też sklasyfikowanie całego narodu niemieckiego do rzędu zbrodniarzy. Gdy się słyszy dzisiaj na ulicach „tam idzie Niemiec”, to to już nie jest określenie przynależności narodowej, a stwarza pojęcie. Pojęcie zła, upodlenia i zbrodniczości. „Dobry Niemiec” – te dwa słowa przedstawiają same w sobie sprzeczność.

Wrocław, 19 listopada

[Pamiętniki studentów wrocławskich z lat 1945– 1949 napisane na konkurs Instytutu Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, zbióry Biblioteki Narodowej, sygn. Ossolineum 14574/II]

 

Stefan Korboński (działacz PSL, były Delegat Rządu na Kraj):

 Od czasu pogrzebu Piłsudskiego Kraków nie widział takich tłumów i takiej powszechnej żałoby. Ze szpitala przeniesiono zwłoki Witosa do kościoła Najświętszej Panny Marii w Rynku. W olbrzymim pochodzie wojsko, szkoły, bractwa, cechy, zakony, księża w czarnych ornatach i białych komżach, a ponad nimi rozwiane chorągwie i krzyże. Ta rzeka przepływa przez wielotysięczną, zbitą, milczącą masę ludzi, wpatrzoną w przesuwającą się wolno ponad głowami trumnę. W tłumie słychać płacz, zagłuszany przez wstrząsający żałobny śpiew, który mnie zawsze przyprawia o dreszcz, i głos bijących na trwogę dzwonów. […]

Ulegam nastrojowi żałoby, […] ale wrodzony sceptycyzm podszeptuje krytyczne uwagi: „Skąd ta powszechna żałoba? Przecież popularność Witosa wiązała się ze wsią, skąd więc te tysiączne miejskie tłumy, nieraz w przeszłości wrogie wobec niego?”. Odpowiedź przyszła, gdy po mszy trumnę wyniesiono na Rynek. Tam, na mównicę, ustawioną na wspaniałym tle Sukiennic i kościoła Mariackiego, wszedł ubrany na czarno Bolesław Bierut, by pożegnać prochy zmarłego. […] Każdy na Rynku pojął dramat tego widowiska. Oto byłego premiera tego rządu, który w 1920 roku odparł najazd bolszewicki na Polskę, żegna agent sowiecki, którego nowy najazd osadził w Polsce i nazwał jej prezydentem.

Z tłumu buchnęła nienawiść jak płomień. Niewypowiedziana żadnym gestem, żadnym okrzykiem, a bijąca w Bieruta spotęgowaną ciszą, wśród której rozlegały się głucho jego obłudne frazesy.

Teraz zrozumiałem, że Kraków żegnał w Witosie szlochami i żałobą przeszłość, dwadzieścia lat niepodległości, z którą nazwisko jego łączyło się nierozerwalnie. Tłum przenikała jedna myśl: Witos w grobie, Bierut na mównicy. Symbol zmiany, którą każdy w tej chwili odczuwał w całej jej wadze.

Kraków, 3 listopada

[Stefan Korboński, W imieniu Kremla, Warszawa 1997]

 

Opis relacji: Anonimowy student prawa w dzienniku Następna relacja
Opis relacji: Z pisma Biura Ziem Zachodnich Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS do Wojewódzkiego Komitetu PPS w Poznaniu Poprzednia relacja
Opis relacji: Stefan Korboński (działacz PSL, były Delegat Rządu na Kraj) Następna relacja
Opis relacji: Anonimowy student prawa w dzienniku Poprzednia relacja