Bydgoszcz, luty 1945. Mieszkańcy oczyszczają miasto z napisów i tablic niemieckich. Fot. PAP

Warszawa, 1 maja 1945. Uczestnicy pochodu pierwszomajowego zgromadzeni na Placu Teatralnym. Fot. PAP

Warszawa, grudzień 1945. Uliczna sprzedaż choinek przed świętami Bożego Narodzenia. Fot. Zdzisław Wdowiński / PAP

Warszawa, 19 stycznia 1945. Defilada żołnierzy I Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej. Fot. Wojskowa Agencja Fotograficzna (WAF) / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)

Rok 1945. Między wojną a podległością

Z dawnych środowisk poakowskich powstaje w Warszawie konspiracyjne zrzeszenie Wolność i Niezawisłość. Pierwszym prezesem organizacji zostaje płk Jan Rzepecki. W deklaracji programowej WiN domaga się przywrócenia wolności obywatelskich i wprowadzenia zasad demokracji w duchu zachodnioeuropejskim. 

2 września 1945

TRJN wypowiada konkordat, podpisany przez Polskę z Watykanem w 1925 roku. Choć w początkowym okresie instalowania nowego systemu władze zachowują pozory respektowania tradycyjnie ważnego miejsca Kościoła katolickiego w życiu publicznym (między innymi nadając obchodom świąt państwowych oprawę religijną lub przez uczestnictwo przedstawicieli władz w procesjach Bożego Ciała), zaczyna się rodzić projekt laicyzacji państwa. Kolejnym, po zerwaniu konkordatu, sygnałem tej tendencji, będzie wprowadzenie 25 września ślubów cywilnych oraz przepisów ułatwiających rozwód.

12 września 1945

Jan Józef Szczepański (pisarz) w dzienniku:

Podano mi adres, gdzie miała być [poniemiecka] biblioteka archeologiczna. Pojechałem i znalazłem piękną willę, zamieszkaną przez funkcjonariuszy milicji z rodzinami. W oknach biało-czerwone flagi.

Chodziłem po piętrach, zamienionych na małe mieszkanka. Wszędzie mnóstwo luksusowych i brzydkich gratów, spiętrzonych bez najmniejszego sensu. Ogromne philipsy [radia], patefony, grzejniki elektryczne, kryształy, ohydne nowoczesne meble, tandetne święte obrazy i jeszcze gorsze akty. W jednym pokoju na rozłożystym, secesyjnym żyrandolu suszyła się bielizna.

Gdzie książki? – Nigdzie nie potrafiono mnie objaśnić. Wreszcie na parterze, przed jakimiś zamkniętymi drzwiami, spotkałem małą dziewczynkę. Książki? – „Byli. Takie brzydkie, stare, niemieckie. Tatuś nosił z piwnicy. Palilimy w piecu. Gotowalimy obiady.”

Ta willa musiała być kiedyś kulturalnym wnętrzem. Jej nowi mieszkańcy przekonani są o swojej kulturze, bo maja przecież philipsy i grzejniki.

Czy można kulturę zdemokratyzować? Pewnie można demokrację „ukulturalnić”, ale to trwać musi bardzo długo. Na razie sympatyzuję z przepadłymi właścicielami willi i biblioteki i trudno, ale czuję się im bliższy niż tym dzielnym rodakom. […]

Przy okazji pewien młody pionier, urzędnik administracji, udzielił swemu sąsiadowi takiej nauki: „Co? Zostawia pan chleb. Panie, sam widziałem, jak Niemki wynoszą wieczorem całe paki chleba! Ja, jak nie mogę chleba zjeść, to go pogryzę, pokruszę, żeby już był do niczego”.

To się nazywa demonstrować zwycięstwo!

Wrocław, 8 września

[Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1, 1945–1956, Kraków 2009]

 

Michał Sobków (repatriant zza Buga):

Z Koropca [w przedwojennym woj. tarnopolskim, w 1945 roku – USSR] wyjechaliśmy we wrześniu 1945. Z lękiem opuszczaliśmy dom. Polska to wielkie słowo, ale my musimy przecież gdzieś żyć, mieszkać, pracować, a jedziemy w ciemno. Niełatwo było się rozstać z ojczymem Ukraińcem, bardzo porządnym człowiekiem, który pozostał, by pilnować dobytku do czasu naszego powrotu. […] Furmanka załadowana workami zboża i skromnym dobytkiem, uwiązane do niej krowa oraz koń. Wokół pełno sąsiadów, bliskich znajomych i krewnych. Wszyscy płaczą. […]

Punktem załadunkowym były Pyszkowice, małe osiedle leżące około 30 kilometrów od Koropca. Nie było tam żadnej stacji kolejowej, tylko ślepy tor. Dojeżdżając do miejsca przeznaczenia, ujrzałem obozowisko w wąwozie – po obu stronach szyn kolejowych. Na obszarze kilkudziesięciu hektarów słomiane namioty i tysiące kręcących się ludzi.

Zgłosiłem się do Komitetu Ewakuacyjnego. Wskazano mi miejsce na zbudowanie namiotu i zapisano na wyjazd. Polecono również, abym natychmiast udał się do pobliskiego lasu i wyciął kij, który w razie napadu banderowców miał służyć do obrony. Przez kilka pierwszych nocy nie zmrużyłem oka. Drżałem jak tchórz. Wciąż miałem przed oczyma ludzi z sąsiedniej wsi okrutnie zamordowanych przez Ukraińców. Prześladowała mnie myśl, że jesteśmy widoczni jak na dłoni i w każdej chwili może spotkać nas podobny los. […]

Zapada zmrok. Zaczyna siąpić deszcz. Ponuro. Słychać gwizd lokomotywy. […] W mroku dostrzegamy powoli sunący pociąg – kilka platform i dwa wagony towarowe dla trzody chlewnej. Ludzie z workami ze zbożem spadają ze stromej skarpy, bydło ryczy; pisk, jęk i krzyk tratujących się nawzajem ludzi. Nieoczekiwanie lokomotywa rusza, a wraz z nią w połowie załadowane platformy. Nikt niczego nie układa, wszystko wrzuca się jak leci, byle prędzej. Gwizd lokomotywy i ruszamy w drogę. Wszyscy się żegnają i dziękują Panu Bogu, że ten etap mamy za sobą. […] Po kilku dniach dotarliśmy wreszcie do granicy. Nikt nas nie sprawdzał – kazano tylko pokazać karty ewakuacyjne.

Już w Pyszkowicach niektórzy nie mieli co jeść. Nikt bowiem nie był przygotowany na tak długie oczekiwanie i podróż. My wprawdzie mieliśmy jeszcze trochę suchego makaronu, ale nie sposób było cokolwiek jeść na oczach ludzi, którzy już niczego nie mieli i patrzyli na nas wilczym wzrokiem. A dzielić się nie było czym. Coraz częściej spotykaliśmy zbite z desek krzyże z napisem, że w tym miejscu jest pochowany taki a taki repatriant. Z powodu braku karmy i wody masowo zaczęło padać bydło. Nasza klacz poroniła.

Na jednym z postojów dostrzegłem na budynku stacji zamalowaną, ale czytelną niemiecką nazwę miejscowości. Pospiesznie złażę z platformy, przeskakuję kilka torów i biegnę do strażnika stojącego z automatem na ramieniu.

– Panie, gdzie jesteśmy? – pytam z daleka.

– Na Ziemiach Odzyskanych!

Byłem teraz tak samo mądry, jak poprzednio, bo takiego kraju nie znałem, a dotąd nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać o ostateczny cel naszej podróży. Każdy wiedział, że jedzie do Polski i na tym koniec.

– A nie wie pan przypadkiem, dokąd jedziemy?

– Na Ziemie Odzyskane – odparł z uśmiechem.

Wróciłem więc na platformę i głośno zakomunikowałem, że wiozą nas do Niemiec, bo nazwa Ziemie Odzyskane nic mi nie mówiła.

Koropiec – Brochowie pod Wrocławiem, wrzesień

[Osadnicy, wybór i oprac. Agnieszka Knyt, Warszawa 2014]

 

Ks. Józef Mroczkowski (wikariusz parafii w Oleszycach) w kronice parafialnej:

Odbył się wiec [na rynku]. Przemawiał z dachu samochodu ob. kapitan. Mówił o Ukraińcach, że ich się musi wysiedlić.

Wieczorem dnia tego ryk bydła i turkot wozów o zmroku wstrząsnął spokojem spoczywającej ludności. Wysiedleńcy ukraińscy ze Starego Sioła, pierwsze jaskółki masowego spędu północno-zachodniej części powiatu – do Oleszyc na stację kolejową. Więc się rozpoczął exodus ukrainorum.

Oleszyce (koło Lubaczowa), 8 września

Generalny napad banderowski na stację kolejową, główny sztab oficerski i Oleszyce Stare. W nocy o godzinie 2.00 w natarciu na Oleszyce Stare brało udział około 500 bandytów. Niektórzy już byli bardzo blisko kwatery. Wszyscy mieli za pasem butelki z benzyną i plany natarcia w kieszeni. Bój trwał do świtu. Szturm powtórzono trzykrotnie. Sytuacja była bardzo poważna. Potęgował się pożar kilku gospodarstw w Oleszycach Starych, z Lubaczowa przyszły skierowane posiłki – [choć] łączność telefoniczna była zerwana. Równocześnie druga grupa uderzyła na dworzec w Oleszycach-mieście. Cel napadu był prosty. Wyzwolić transporty współrodaków, zlikwidować sztab i podpalić Oleszyce Stare. Jednym słowem – utrudnić ewakuację. Zamiar nie został zrealizowany. […]

Oleszyce, 14–15 września

Noc ognia! Stare Sioło całe płonie. Popłoch i panika. Polacy w rozpaczy. Lepiej – powiadają – tym, którzy z chlebem odjadą, niż tym, co zostaną na zgliszczach. Nie ma na to żadnej rady. Bałagan, kradzież, rabunek, pijaństwo. Odszedł pierwszy transport Ukraińców na Rawę Ruską, ale pod wieczór wrócił przez Oleszyce na Jarosław, gdyż most kolejowy pod Rawą zerwany.

Oleszyce, 20 września

Tymczasem [jesteśmy] u szczytu naprężenia. Łąki i błonia przystacyjne jakby zalane morzem szałasów, głów ludzkich i okazów bydlęcych. Szum, gwar, hałas i ryk w dzień i noc nie ustaje. Nędza ludzka, złość i nienawiść kotłują się razem. W Lubaczowie już rzucił się tyfus. Wagony transportowe nie nadchodzą.

Oleszyce, 28 września

[Józef Mroczkowski, Obserwator, Warszawa 2013]

 

 

 

Opis relacji: Michał Sobków (repatriant zza Buga) Następna relacja
Opis relacji: Jan Józef Szczepański (pisarz) w dzienniku Poprzednia relacja
Opis relacji: Ks. Józef Mroczkowski (wikariusz parafii w Oleszycach) w kronice parafialnej Następna relacja
Opis relacji: Michał Sobków (repatriant zza Buga) Poprzednia relacja